No i kolejne 360 mil za nami. Ruszyliśmy na zachód z gór Sierra Nevada mając za cel Los Angeles z przystankiem w San Luis Obispo. Generalnie obyło się bez błądzenia, nie licząc nieoczekiwanej wizyty w malym miasteczku, ktore mieni się być stolicą czosnku :) nasz GPS jest do niczego, nie prowadzi nas wiec trasę opracowujemy wczesniej i czasem zdarzaja się niespodzianki. Poza tym jedzie się b. dobrze. amerykanie są bardzo spokojnymi kierowcami i nie przekraczają przepisów, wyprzedzanie na zwyklej drodze jest rzadkościa, na autostradzie potrafi jednak trwać wieczność, bo auta jadą prawie z taką samą prędkoscią. Wyjechaliśmy z gor i Krajobraz szybko uległ zmianie. Mijaliśmy rozległą równinę, urodzajną, z mnóstwem sadów, winnicami i polami, przez mile całe droga była prosta bez zakrętów. Zbliżając się do wybrzeża przecięliśmy Diablo Range, niewysokie pasmo górskie oddzielające wybrzeze od interioru. Najbardziej cieszyliśmy się na przejazd wybrzeżem Pacyfiku drogą nr 1. Odcinek ten liczy około 80 mil krętej drogi przy Oceanie, stromymi zboczami, często bez barierki. Widoki były iście spektakularne, samochody co chwilę zatrzymywaly się by podziwiać widoki. Amerykanie jako naród bardzo pragmatyczny stworzyli liczne punkty widokowe przy drodze, na których można się zatrzymać nie tarasując jezdni. Najpierw jednak w okolicach Monterey przywitalismy się z oceanem. Woda jest bardzo zimna i wzburzona i nie widzieliśmy by ktoś w niej pływał, może z wyjątkiem kilku szalonych surferów, a w jednej z zatoczek wygrzewały się wielkie i tłuste lwy morskie. Jutro planujemy dojechać do LA, zostało nam 200 mil.